Piękna, nieśpieszna opowieść autobiograficzna. Żona autora komiksu pracuje w fundacji Lekarze bez Granic. Misją MSF jest, aby dotrzeć z pomocą lekarską tam, gdzie ludzie są jej pozbawieni. I tak małżeństwo z małym synkiem Louisem trafia do Birmy. Słyszeliście o Birmie? Ja przyznaje, nie za dużo. Kraj rządzony przez juntę wojskową widziany oczami Europejczyka. To i tak jest wygładzony obraz. W końcu Guy z rodziną mieszka w luksusowej dzielnicy, ich synek chodzi do francuskiego przedszkola, od czasu do czasu można wpaść na imprezę do francuskiej ambasady, czy australijskiego klubu. Ten prawdziwy, nie uładzony świat jest gdzieś tam w zamkniętych enklawach, do których jeździ żona Guy'a. Biurokracja, cenzura, wojsko na ulicach, a zwykli obywatele radzą sobie jak umieją. To co mi się bardzo spodobało, to sposób prowadzenia narracji. Nie ma tu moralizatorstwa ani nadęcia. Guy opowiada po prostu to co widzi, codzienne życie mieszkańców kraju rządzonego przez dyktaturę wojskową widziane od wewnątrz, przeżywane wspólnie z jego mieszkańcami. Dzień za dniem, niby nic takiego, a jednak... Przeczytane w jeden wieczór :)